Polityka „zero tolerancji” dla SARS-Cov-2

Chińska polityka walki z SARS-CoV-2 - „zero-covid”

Cały zachodni Świat walczył z koronawirusem dążąc do uzyskania „odporności stadnej”. Zakładano, że gdy co najmniej 80% społeczeństwa uzyska odporność, czy to na drodze zaszczepienia (kilkoma dawkami) czy przechorowania (objawowo lub bezobjawowo), wirus przestanie zakażać pozostałe osoby i pandemia wygaśnie. Wirus pozostanie w społeczeństwie i okresowo będzie powodował zwiększone zachorowania, analogicznie jak inne koronawirusy, czy wirusy grypy. Ale zachorowania będą miały łagodniejszy przebieg i z czasem przestaną być problemem.

Chińczycy przyjęli inną strategię. Po ogłoszeniu przez Xi Jinpinga w październiku 2020 roku zwycięstwa nad pandemią w Państwie Środka, zastosowano politykę: „zero tolerancji” dla COVID-19 („zero-covid”). Polegało to na masowym testowaniu i obowiązkowej izolacji zakażonych (nawet bezobjawowych), absolutnej kwarantannie (min. 14 dni) dla wszystkich przyjezdnych z zagranicy, a także na wprowadzaniu lockdownów wszędzie tam, gdzie pojawiają się ogniska SARS-CoV-2. Wystarczyło kilkanaście lub kilkadziesiąt nowych zakażeń by wprowadzić masowe zamknięcia i powszechne testowania wszystkich mieszkańców w dzielnicy lub całych miastach. Inaczej niż na Zachodzie - minimalizowano kontakt mieszkańców z wirusami, prowadząc jednocześnie szczepienia preparatami chińskiej produkcji (poprzestano na jednej dawce). Przez długi czas (cały 2021 rok i na początku 2022) taka polityka sprawdzała się - liczba potwierdzanych codziennie przypadków była minimalna. Pierwsze dwa lata pandemii przyniosły w Chinach około 5 tysięcy oficjalnych zgonów, z czego ok. 4,5 tys. nastąpiło w pierwszych 3 miesiącach. Nieoficjalnie mówi się jednak o kilkudziesięciu tysiącach ofiar. To i tak bardzo mało - w Polsce w tym samym czasie było ok. 120 tys. zgonów, a mieszka u nas 40x mniej ludzi. Również chińska gospodarka wyszła z dwóch pierwszych lat pandemii prawie bez szwanku. Chiny nie przestawały więc w wychwalaniu wyższości swojego podejścia w walce z wirusem, porównując go z rzekomym chaosem demokracji zachodnich, nie będących w stanie obronić przed wirusem własnej ludności. Program „zero tolerancji” sygnowany był imieniem przewodniczącego Xi Jinpinga, więc dokładano wszelkich starań, żeby przyniósł sukces - Chinom i przewodniczącemu. Ubocznym efektem polityki stało się zamknięcie Chiny na świat zewnętrzny. Obostrzenia wizowe oraz skomplikowane zasady testowania przed, w trakcie i po podróży, praktycznie uniemożliwiają przyjazd do Państwa Środka obcokrajowcom - turystom, pracownikom i studentom. Tym zamieszkałym wcześniej w Chinach wysyłano sygnały, by wracali do domu. Równocześnie cała gospodarka, łącznie z usługami turystycznymi, przestawiana była stopniowo na zaspokajanie przede wszystkim rynku wewnętrznego.

Druga fala zakażeń w Chinach na początku 2022 roku

Pod koniec 2021 roku z powodu wykrycia przypadków zakażeń zamknięto całe Xi'an (12 mln mieszkańców)- otwarto je dopiero na przełomie stycznia i lutego 2022. Poważne problemy pojawiły się jednak na przełomie marca i kwietnia 2022 roku. Najpierw wirus zaatakował industrialne serce kraju - Shenzhen. Po wykryciu w Szanghaju 13 tys. nowych bezobjawowych przypadków zakażeń, władze centralne zdecydowały się na totalne zamknięcie 26-milionowej metropolii (podobno władze lokalne były temu przeciwne). Przy okazji stanął też główny port kraju a jeden z największych portów kontenerowych świata. Zamknięto wszystkich zdrowych w domach, a zakażonych kierowano do ośrodków izolacji lub szpitali. To było największą bolączką mieszkańców, bowiem w Szanghaju brak jest miejsc na izolatoria - część tworzono np. w halach targowych, ale niektóre budowano od zera i tam były najtrudniejsze warunki. Nie było jednak zgody władz centralnych na izolację w domach. Od samego początku zablokowano handel stacjonarny, a po kilku dniach również zamówienia z dowozem. Spowodowało to problemy z dostępem mieszkańców do żywności i leków - organizowane przez władze dostawy były opóźnione i nie docierały do wszystkich. Dodatkowo aż 38 tys. ludzi z innych regionów kraju przemieszczono do Szanghaju, by uniknąć rozprzestrzenianie się epidemii na inne regiony. Była to największa operacja medyczna od czasu wybuchu pandemii w Wuhan pod koniec 2019 r. 13 kwietnia w mieście było już 200 tys. potwierdzonych przypadków, a codziennie przybywało ok. 25 tys. nowych. Mieszkańcy próbowali protestować, a obcokrajowcy masowo uciekali za granicę. Nawrót pandemii spowodował bardzo zakaźny wariant omikron, który mimo łagodniejszego przebiegu choroby, zaczął powodować zgony - pierwsze po wielomiesięcznej przerwie. Kilka dni później wirus ponownie zaatakował 12-milionowe Xi’an, 11-milionowe Zhengzhou i kilka mniejszych miast. Pod koniec kwietnia wirus dotarł do Pekinu. Pomimo wykrycia tam zaledwie 150 przypadków - zamknięto szkoły, kina, siłownie, galerie handlowe, ograniczono przemieszczanie się mieszkańców (zamknięto część metra i linii autobusowych) i rozpoczęto masowe testowania. Stolicy zagroził całkowity lockdown, ale ze względów wizerunkowych nie został wprowadzony. 29 kwietnia już 46 miast było całkowicie lub częściowo zamkniętych, co oznaczało, że lockdown w Chinach dotknął około 343 milionów ludzi - prawie 1/4 całej populacji.

Fiasko polityki „zero tolerancji”?

Na sygnowanym imieniem przewodniczącego Xi Jinpinga planie walki z koronawirusem pojawiła się wyraźna rysa, a Chiny znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony utrzymywanie restrykcyjnej polityki wobec COVID-19, o wątpliwej skuteczności, coraz bardziej odbija się na gospodarce. Otwarcie zaś spowodowałoby ogromną falę zachorowań, z którą nie poradziła by sobie chińska służba zdrowia. Chińczycy nie mają prawie żadnej odporności na koronawirusa - nie mieli szansy nabyć jej ani poprzez przechorowanie, ani przez szczepienia, bo lokalne preparaty nie wykazały się zbyt dużą skutecznością. Dodatkowo osoby zaszczepione nie miały w większości wypadków żadnego kontaktu z wirusem, więc to szczepienie nie utrwaliło się. A promowana nadal przez władze w Pekinie dominująca medycyna chińska, okazuje się wobec koronawirusa mało skuteczna. Widać to choćby bo znacznie większej liczbie zgonów w szpitalach wykorzystujących tylko medycynę tradycyjną, niż w tych korzystających również (lub wyłącznie) z zachodniej. Ewentualna decyzja o rezygnacji z polityki „zero tolerancji” była trudna z jeszcze jednego powodu: oznaczałaby przyznanie się Xi Jinpinga błędu. Na kilka miesięcy przed wyborem na trzecią kadencję na stanowisku przewodniczącego ChRL nie mógł on sobie na to pozwolić. Do chińskich mediów powoli przebijają się głosy specjalistów takich jak Zhong Nanshan (główny doradca epidemiologiczny Chin z początków pandemii), który w anglojęzycznym magazynie naukowym opublikował artykuł z tezą że Chiny powinny się otworzyć i porzucić politykę zero-covid. Po dwóch miesiącach surowego lockdownu władze 26-milionowego Szanghaju postanowiły od 1 czerwca częściowo złagodzić restrykcje. Pół miliona osób jednak nadal pozostało w zamknięciu. Decyzja o zniesieniu ograniczeń wynikała głównie ze względów ekonomicznych, bo nadal pojawiało się ponad 1000 nowych przypadków dziennie.

Delikatne łagodzenie polityki „zero-covid”

Na początku listopada 2022, kilkanaście dni po zjeździe Komunistycznej Partii Chin i reelekcji Xi Jinpinga na fotelu przewodniczącego, nastąpiło drobne tąpnięcie w polityce zero-covid. Dotychczasowy system „7+3”, czyli siedem dni kwarantanny w rządowym ośrodku (izolatorium) i trzy dni monitorowania stanu zdrowia w domu, został zastąpiony systemem „5+3”. Odstąpiono od karania linii lotniczych, których samoloty przywoziły do Chin zakażonych. Dotychczas wystarczyło pięć takich osób w samolocie, żeby linie dostały zakaz lotów na 2 kolejne tygodnie. Zmniejszono też z dwóch do jednego liczbę obowiązkowych testów wykonywanych przed wylotem do Chin. Wewnątrz Chin władze nie będą już poszukiwać i izolować osób uznawanych za „bliskie kontakty bliskich kontaktów” osób zakażonych, a jedynie osoby, które mogły mieć z nimi bezpośrednią styczność. Złagodzono również reguły oceny zagrożenia epidemicznego na poszczególnych obszarach Chin (strefy ryzyka w zależności od liczby zakażeń). I co ciekawe, wszystkie te złagodzenia wprowadzono w czasie, kiedy zanotowano najwięcej zakażeń od kwietniowego lockdownu w Szanghaju. 8 listopada oficjalnie potwierdzono prawie 7,5 tysiąca zakażeń, a trzy dni później - ponad 10 tysięcy. Obecnie ryzyko lockdownu grozi 18-milionowemu Kantonowi (chiń. Guangzhou) - „fabryce świata”, gdzie wykrywa się już ponad 5 tysięcy zakażeń dziennie (15 listopada '22). Czy do tego dojdzie - nie wiadomo, ale od końca października wiele obszarów zamieszkanej przez 1,8 miliona ludzi dzielnicy Haizhu objętych jest lockdownem. Mieszkańcy zaczynają się już tam buntować, zwołując się na mediach przy użyciu języka kantońskiego, który na razie opiera się algorytmom wykrywania niepoprawnych haseł. Dochodzi nawet do starć z policją, co jak na Chiny jest niebywałe. Ognisko w Kantonie niesie jeszcze jedno poważne zagrożenie - miasto to, oraz 8 innych (m.in. Shenzhen) tworzą 100-milionowe megapolis: Region Metropolitalny Delty Rzeki Perłowej. Zmutowany i bardzo zaraźliwy Omikron ma tam większe szanse na rozprzestrzenianie.

Na efekty luzowania ograniczeń nie trzeba było długo czekać. Po kilku tygodniach liczba zakżeń COVID-19 sięgnęła w Chinach 31,5 tys. To więcej niż w szczycie wiosennej fali, gdy zakażonych było 28 tys. Nowe ogniska wykryto w Pekinie, w Guangzhou (kolonialnym Kantonie), Chongqingu, Lanzou, Xi'anie i wielu innych metropoliach.

Władze w Pekinie wymagają od administracji lokalnych w poszczególnych prowincjach i miastach, aby szybko wygaszały wszelkie pojawiające się ogniska pandemii, ale jednocześnie żądają od nich, by restrykcje nie zakłócały działalności gospodarczej. Te dwa sprzeczne żądania są jak na razie trudne do spełnienia, ale coraz większą wagę przykłada się do drugiego z nich.

wstecz wstecz