Koronawirus made in China

Początek epidemii

Na początku grudnia 2019 roku 34-letni okulista Li Wenliang w szpitalu w Wuhan, stolicy prowincji Hubei, zaobserwował nietypowe przypadki zapalenia płuc o ciężkim przebiegu i nieznanej przyczynie. Objawy choroby były podobne do tych wywoływanych przez wirusa SARS - o czym podzielił się na grupowym czacie, próbując ostrzec innych medyków. Konwersacja była prywatna, jednak w ciągu kilku godzin screeny przesyłanych między uczestnikami czata wiadomości trafiły do Internetu. Wpisy te szybko zniknęły z sieci, a lekarz został ukarany i napiętnowany za szerzenie paniki i „nielegalną działalność” (pomimo że należał do KPCh). (Dopiero kilka miesięcy później lekarza zrehabilitowano, ale już po jego śmierci, w lutym, w skutek zarażenia koronawirusem.) Władze w Pekinie najprawdopodobniej wiedziały o tej chorobie już wcześniej i starały się ją ukryć. Liczba chorujących zaczęła jednak rosnąć i pod koniec grudnia Chińczycy nie byli już w stanie tego dłużej ukrywać. Zachorowania te udało się powiązać z miejscem sprzedaży owoców morza w Wuhanie, gdzie handlowano też żywymi zwierzętami. Był to tzw. „mokry targ”, na kórym zwierzęta (głównie dzikie) zabija się tuż przed sprzedażą. Chińskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CCDC, od ang. Chinese Center for Disease Control and Prevention) przeprowadziło w tym mieście dochodzenie epidemiologiczne. Za pierwszego zarażonego uznaje się 55-letniego mężczyznę, mieszkańca Wuhan, który najprawdopodobniej zaraził się na targu wirusem zawartym w wydzielinach zainfekowanego nietoperza. Naukowcom udało się wykluczyć koronawirusy powodujące SARS i MERS, wirusy wywołujące grypę ludzką i ptasią, a także inne popularne wirusy powodujące infekcje dróg oddechowych. 7 stycznia 2020 potwierdzono oficjalnie, że zachorowania powoduje nowy wirus z rodziny koronawirusów, nazwany roboczo 2019-nCoV, a pięć dni później dysponowano już jego zsekwencjonowanym genomem, co pozwoliło wytwarzać dokładne testy genetyczne weryfikujące pacjentów. Ostatecznie wirusa nazwano SARS-CoV-2 a wywoływaną przez niego chorobę COVID—19 (od ang. Coronavirus Disease 2019). Aby uniknąć skojarzeń z epidemią wirusa SARS, która również w Chinach, w latach 2002-2003 zabiła kilkaset osób, wirus jest czasem nazywany „wirusem COVID-19”.

Epidemia w Chinach - I fala

Wirus okazał się mniej śmiertelny od SARS, MESR czy grypy, ale dużo szybciej się rozprzestrzeniał. Przyczyniała się do tego odkryta później groźna cecha - nosiciel wirusa zakażał innych jeszcze zanim pojawiły się u niego pierwsze objawy chorobowe, a niektórzy nosiciele w ogóle nie chorowali, a zarażali. Jeszcze na początku stycznia lokalne władze w Wuhanie utrzymywały, że wirusem mogą się zakazić jedynie osoby, które miały kontakt z zainfekowanymi zwierzętami. Między innymi dlatego też lekarzy nie objęto specjalnymi środkami ostrożności. Jak opisywał doktor Li w mediach społecznościowych, 10 stycznia zaczął kaszleć, następnego dnia dostał gorączki, a dwa dni później sam wylądował w szpitalnym łóżku. Źle poczuli się także jego rodzice i również oni zostali hospitalizowani. Dopiero 20 stycznia chińskie władze zdecydowały się ogłosić stan zagrożenia epidemiologicznego, choć już tydzień wcześniej wiedziały, że wirus przenosi się pomiędzy ludźmi. Te siedem dni mogło być kluczowe w gwałtownym rozwoju epidemii nie tylko w Chinach ale i na całym Świecie. 30 stycznia potwierdzono u doktora Li zakażenie nowym koronawirusem. (Na początku lutego jego stan zdrowia był już bardzo poważny i mimo zastosowania respiratora zmarł 7 lutego - dokładnie miesiąc do zarażenia.) Zaczęły pojawiać się pojedyncze przypadki zachorowań w innych krajach - w Europie potwierdzono pierwszy przypadek już 24 stycznia. Kolejne linie lotnicze zawieszały połączenia z Chinami. Liczba zmarłych na skutek koronawirusa w Chinach pod koniec stycznia przekroczyła 100. Zdecydowaną większość zachorowań i zgonów odnotowano w Wuhan i prowincji Hubei. Kiedy jednak zachorowania zaczęły pojawiać się w innych częściach Chin, władze w Pekinie zdecydowały pod koniec stycznia zamknięciu całej prowincj (50 mln mieszkańców!) - wstrzymano transport z innymi regionami, oraz transport publiczny wewnątrz prowincji, a mieszkańców poddano kwarantannie domowej. Była ona rygorystycznie przestrzegana do czego wykorzystywano najnowocześniejsze technologie: drony z kamerami, rozpoznawanie twarzy (nawet w maskach), aplikacje na smartfony, które pokazywały czy właściciel jest zarażony, lub powinien podlegać ściślejszej kwarantannie lub hospitalizacji, lokalizacje smartfonów. Do tego rzesze policjantów skrupulatnie egzekwujących ograniczenia kontaktów.

2 lutego 2020 zmarł pierwszy chory poza granicami Chin – przybyły w styczniu z Wuhanu na Filipiny. W tym czasie w Chinach było już zarażonych ponad 20 tysięcy osób, z czego blisko 500 zmarło. Szpitale zapełniały się chorymi, dla których zaczęło brakować wolnych łóżek. W Wuhan w rekordowym czasie 7-dni zbudowano szpital polowy z 1000 łóżkami wyłącznie dla chorych na COVID-19, a kolejnych dniach następny. Dodatkowo zaadoptowano na takie szpitale inne obiekty. 10 lutego 2020 liczba zarażonych w Chinach przekroczyła 40 tysięcy, a następnego dnia liczba zmarłych przekroczyła 1000. W połowie lutego chińskie władze zakazały handlu dzikimi zwierzętami, ale ze względu na wielowiekowe zwyczaje z pewnością będzie on łamany. Pod koniec lutego Chińczycy poinformowali, że znacząco udało im się ograniczyć liczbę nowych zachorowań, ale ogólna liczba potwierdzonych zakażeń osiągnęła prawie 80 tysięcy, z czego ponad 3 tysiące zmarło. 10 marca zamknięto ostatni z 14 szpitali polowych w Wuhan. Do 20 marca liczba nowych zakażeń, do których dochodziło na terenie Chin spadła prawie do zera, jednak nadal codziennie odnotowywano od kilku do kilkudziesięciu przypadków nowych zakażeń wśród osób, które powracały z zagranicy. Wszystkie osoby wjeżdżające do Państwa Środka były od razu z lotniska przewożone do hoteli, gdzie na własny koszt musieli odbyć 14-dniową kwarantannę. Umieszczano ich po jednej osobie w pokoju (rozdzielano rodziny i dzieci), a posiłki dostarczał personel.

Do końca marca 2020 r. oficjalnie potwierdzono w Chinach 82 tys. zakażeń, z czego ponad 75 tys. chorych zostało wyleczonych, a 3309 zmarło. Aktywnych zachorowań w chińskich spitalach pozostawało już tylko ok. 3000. Chińskie władze wzmożyły akcję propagandową, jak to udało im się ugasić epidemię. Zawieszono ogólną kwarantannę, w prowincji Hubei (z wyjątkiem Wuhan) zaczęła działać lokalna komunikacja publiczna. Kolejne z 95% zatrzymanych zakładów rozpoczęło wznawianie produkcji. Brzmiało to ładnie, zwłaszcza w odniesieniu do ponad 700 tysięcy zakażeń i 35 tysiącach ofiarach śmiertelnych potwierdzonych w tym czasie poza granicami Chin (głównie w USA, Włoszech i Hiszpanii). Ale okazało się, że te oficjalne dane serwowane przez władze w Pekinie mogą być wielokrotnie zaniżone. Dziennikarze rozmawiali z mieszkańcami Wuhan, z których wynikało, że zakłady pogrzebowe od 23 marca dostarczały mieszkańcom od 500 do nawet 3,5 tysiąca urn z prochami krewnych dziennie! Przedstawiciele domów pogrzebowych poinformowali ponoć rodziny zmarłych, które jeszcze czekały na pochówek bliskich, że zamierzają zakończyć wszystkie kremacje do Qingmingjie - chińskiego święta zmarłych (5 kwietnia). Czyli kremacje wszystkich ofiar miały zająć dwa tygodnie. Według wyliczeń mieszkańców może to oznaczać, że w samym tylko Wuhan zmarło nawet powyżej 40 tys. osób zakażonych koronawirusem. Niedoszacowanie faktycznej liczby zgonów może się wiązać z faktem, że wiele osób zmarło na Covid-19 we własnych domach. Nie zostali oni zatem zdiagnozowani, a także nie poddano ich leczeniu, a co za tym idzie - nie ujęto w oficjalnych wyliczeniach. Ale nawet uwzględniając ten fakt, oficjalne dane (3309 ofiar do 29 marca dla całego kraju) wydają się zaniżone nawet o rząd wielkości! W połowie kwietnia władze Chin skorygowały te oficjalne wyniki, przyznając że w samym Wuhan zmarło o 50% więcej osób (3,9 tys. a nie 2,6 tys.), co dało 4636 zgonów w całym kraju. Od połowy kwietnia nie stwierdzano w Chinach nowych zachorowań, uznając to za pokonanie epidemii. Aż do 12 czerwca...

Z innej perspektywy

Amerykańskie media podały pod koniec marca jeszcze jedną niepokojącą informację z Wuhan: u niektórych pacjentów uznanych za wyleczonych test ponownie daje pozytywny wynik. Według danych z ośrodków kwarantanny, w których przebywają po wypisaniu ze szpitala, stanowią oni około 5-10 proc. pacjentów. Fakt ten, oraz ciągły napływ Chińczyków powracających do kraju z rejonów o dużej dynamice zachorowań sprawiają, że podobnie jak w innych wielkich epidemiach w historii, możliwe są kolejne fale zachorowań. Według komunikatu WHO z początku maja 2020, ten pozytywny wynik u ozdrowieńców to reakcja testów genetycznych na martwe/nieaktywne wirusy wydalene w zakażonych komórkach płuc podczas regeneracji tego narządu - nie stanowią zagrożenia.

Co jakiś czas pojawiają się spekulacje o tym, że koronawirus mógł powstać w Instytutucie Wirusologii w Wuhan - najważniejszym ośrodku badań mikrobiologicznym w Chinach. I wydostać się stamtąd przypadkowo np. przy produkcji tajnej broni biologicznej albo przy „zwyczajnych” badaniach. Laboratorium powstało przy wydatnej pomocy paryskiego Instytutu Pasteura do badania nieznanych wirusów, na które nie ma szczepionki. Na świecie istnieje tylko około trzydziestu takich struktur (o najwyższej klasie zabezpieczenia - P4), a do powstania obiektu w Wuhan przyczyniła się epidemia w 2003 roku w Chinach. W połowie kwietnia 2020 r. władze Chin, a następnie kierownictwo samego laboratorium oficjalnie zaprzeczyło tym informacjom. Ale nawet rządy w niektórych krajach (USA i Francja) pozostały nieprzekonane. Prezydent USA zlecił CIA zbadanie takiej możliwości. Francuzi, którzy pomogli Chinom w budowie tego ośrodka, od czasu jego otwarcia w 2018 roku twierdzili, że nie jest on dostatecznie zabezpieczony. Jak na razie nie ma dowodów ani na naturalne pochodzenie SARS-CoV-2, ani na jego powstanie w laboratorium. A znając zdolności Chińczyków do utajniania informacji, raczej nie ma szans na uzyskanie takich dowodów.

Najnowsze badania (maj 2020) poddają w wątpliwość chińskie informacje, że pacjent zero zaraził się na „mokrym targu” w połowie listopada. Wynika z nich, że pierwsze zachorowawnia na koronawirusa mogły już wystąpić w październiku, lub nawet wcześniej. W październiku 2019 r. w Wuchan odbyły się Światowe Igrzyska Wojskowych i wielu ze sportowców, którzy wrócili z nich do USA, uskarżało się na dolegliwości, które przypominają objawy lekkiego przebiegu COVID—19. A że sportowcy to osoby młode i z dobrą odpornością, więc wśród nich nie było ciężkich zachorowań i zgonów. Bardzo możliwe jest, że to właśnie te zawody i powracający z nich sportowcy przyczynili się do szybkiego rozprzestrzenienia wirusa na Świecie. Niezależnie od tych informacji z USA, badacze we Włoszech wykryli koronawirusa w ekshumowanych ciałach osób, które zmarły tam w grudniu 2019 na ciężkie, nietypowe zapalenie płuc. Nakłaniają do podobnych badań w innych krajach. Jeśli wyniki te potwierdzą się, będzie to dowód, że SARS-CoV-2 pojawił się w Europie conajmniej 1,5-2 miesiące wcześniej, nim zdiagnozowano i oficjalnie potwierdzono pierwszy przypadek (24 stycznia).

Epidemia w Chinach - II fala?

Po 50 dniach braku nowych zachorowań władze Chin obniżyły stopień zagrożenia pandemią do poziomu trzeciego, który oznacza niskie zagrożenie, a w praktyce częściowe zniesienie restrykcji (poziom drugi to wysokie zagrożenie, a poziom pierwszy - stan krytyczny). 6 dni później - 12 czerwca - wykryto jednak dwa kolejne przypadki - tym razem w Pekinie, gdzie dotąd przez cały czas epidemii stwierdzono zaledwie 752 przypadki. Ognisko zakażeń znajdowało się na największym w mieście targu Xinfadi, który zajmuje powierzchnię prawie 160 boisk piłkarskich i według chińskich mediów odpowiada za 80% zaopatrzenia 21-milionowego Pekinu w towary rolno-spożywcze. Ponieważ wirus wykryto również na deskach, na których krojono łososie norweskie, Chińczycy sugerowali, że wirus do Pekinu sprowadzono z Europy. Masowe badania wśród dziesiątków tysięcy pracowników targu, a także kupujących, potwierdziły po kilku dniach ponad 100 zakażonych - nieco ponad połowa z nich to pracownicy Xinfadi. W całym Pekinie alert epidemiczny podniesiono z powrotem do poziomu drugiego (w czterostopniowej skali). Do części miasta leżącej nieopodal ogniska weszły oddziały wojska i policji, zamykając wjazd i wyjazd, a mieszkańcy zostali objęci zakazem wychodzenia z domów. Zamknięto lotnisko znajdujące w północnej części Pekinu, a wszystkie loty (1,5 tys.) odwołano. W dużym stopniu ograniczono transport autobusowy (na dłuższych dystansach), przywrócono też, zniesiony wcześniej obowiązek noszenia maseczek przy przemieszczaniu się komunikacją miejską, zamknięto szkoły, uczelnie i obiekty sportowe. W większości dużych miast powrócono do obowiązkowej czternastodniowej kwarantanny po przybyciu z Pekinu. Po tygodniu liczba potwierdzonych zachorowań przekroczyła 150. Wśród mieszkańców stolicy pojawiły się obawy przed całkowitym zamknięciem miasta, jak to zrobiono w styczniu w Wuhan. Zwłaszcza, że oficjalne wyniki zakażeń, przy tak wielkim ruchu na targu, wydają się być mocno zaniżone. Chińczycy, inaczej niż w innych krajach, do oficjalnych statystyk włączają tylko nosicieli wirusa z objawami choroby (kaszel, gorączka itp.). Nieoczekiwanie, po kilku tygodniach, Chińczycy ogłosili, że uporali się z tymi nowymi ogniskami i choroba przestała się rozprzestrzenać.

Czy może to już koniec epidemii w Państwie Środka?

Przełom lata i jesieni 2020r. przyniósł II falę koronawirusach w tych krajach Europy, gdzie pierwsza fala zakończyła się na początku lata. Na całym Świecie dramatycznie rosła liczba zakażeń - czy to w ramach I czy II fali, natomiast w Chinach już NIE! We wrześniu w bardzo wielu krajach na całym Świecie codziennie przybywało od kilkuset do kilkunastu tysięcy nowych, potwierdzonych zakażeń. A w Chinach w tym samym czasie informowano o kilku, czasem kilkunastu, głównie wśród przyjezdnych. Na początku września przewodniczący Xi Jinping oficjalnie ogłosił pokonanie epidemii w Chinach i uhonorował najwyższym odznaczeniem - „Orderem Republiki” - głównego epidemiologa, prof. Zhong Nanshana, który już wcześniej zasłynął zatrzymując epidemię SARS w 2003r. Teraz Chiny stały się pierwszą wielką gospodarką, która wróciła na ścieżkę wzrostu od rozpoczęcia pandemii i obecnie należy do grona światowych liderów zarówno pod względem kontroli epidemii, jak i ekonomicznej odnowy. Władze zachęcały do powrotu do podróżowania po kraju - w czasie tradycyjnego „Złotego Tygodnia”. Na początku października na ulicach miast i na dworcach, tak jak przed epidemią, pojawiły się znów tłumy Chińczyków, oczywiście w maseczkach, ale bez przesadnego dystansowania się. W podróż ruszyło nawet pół miliona osób. A mimo to oficjalne dane nie pokazują istotnego wzrostu zachorowań i zgonów.

Nigdy nie wierzyłem w „teorie spiskowe”, ale tu doprawdy jest przedziwna sytuacja - jak to możliwe, że tylko w Chinach koronawirus przestał się rozprzestrzeniać? Mają tam już jakąś tajną szczepionkę? Rewolucyjną metodę „chińskiej medycyny”? A może wirus rzeczywiście nie pojawił się tam przypadkiem, a większość Chińczyków jest na niego odporna? A może zmutował i stał się niegroźny, ale czemu tylko tam? Bo aż niewierygodnym wydaje się, że udało się „namierzyć” i odizolować wszystkich zakażonych, doprowadzając do zaniku wirusa w społeczeństwie. Jeśli jednak tak jest, to teraz wystarczy tylko poddawać kwarantannie każdą osobę przybywającą do Chin (co dzieje się od wielu miesięcy, niezależnie od wymogu okazania negatywnego testu na koronawirusa, wykonanego przed przylotem) - do czasu zaniku wirusa poza Wielkim Murem. Ale to może potrwać lata...

wstecz dalej